…and puppy dogs’ tails

Pragnienie akceptacji przez grupę u chłopców jest tak samo silne jak u dziewczynek, a wiara, że marka zwiększa popularność
nawet jeszcze większa: w niedawnym sondażu 75% chłopców powiedziało, że lubi nosić ubrania uznanych marek (wśród dziewcząt takiej odpowiedzi udzieliło 67%). )ednak w marketingu skierowanym do chłopców sama definicja cool jest odmienna. Chłopięce cool zawsze ma w sobie pewną ostrość, często jest podszyte humorem, czasami bezwzględne, zazwyczaj buntownicze – wyłudzenie kopii Grand Theft Auto III od matki, która nie zgodziłaby się na tę grę, gdyby znała jej treść, jest tego doskonałym przykładem. Dla wielu małych chłopców urok agresywności i bycia macho polega między innymi na tym, że owe cechy bulwersują kobiety, stąd też naciski grupy rówieśniczej, aby udawać silnych, sprytnych i nie dać się babom.

Entuzjaści gier komputerowych

Utrzymują, że najlepsze gry przyczyniają się do poprawy koncentracji i opanowania, a nawet do wzrostu ilorazu inteligencji grających, jednak większość gier dla dzieci poniżej dziesiątego roku życia ogranicza się do kilku prostych wyborów i wymaga zwykłej zręczności w operowaniu myszką oraz koordynacji ręka-oko. Tak naprawdę dla wielu małych chłopców urok gry polega nie tyle na wyzwaniu, co na dreszczyku obcowania z zakazaną przemocą. Rodzice mogą tego nie pochwalać, ale młodą męską psychikę pociąga przemoc, agresja i walka, z czego specjaliści od marketingu doskonale zdają sobie sprawę. W większości krajów prawo zakazuje sprzedaży dzieciom tego typu produktów, jednak zawsze istnieją drogi pozwalające ominąć przepisy prawa – nawet takie, na których dzieci mogą zademonstrować inny rodzaj „mistrzostwa”.

Marke- tingowcy

Mówiąc bez ogródek, oznacza to, że wielki przemysł zaangażował się w złożoną grę z dziećmi, w której – biorąc po uwagę wiek jednej strony – szanse grających nie są równe i która w znacznym stopniu przypomina raczej pranie mózgu.  Argumentują, ze dzieci jako konsumenci są coraz bardziej świadome, dzieci jednak nigdy nie będą miały tej świadomości co dorośli uzbrojeni w wielomilionowy budżet i najnowszą broń psychologiczną. Nancy Shalek, dyrektorka jednej z głównych agencji reklamowych w USA, wyjaśniła to kiedyś swoim kolegom w następujący sposób: „Najlepszym sposobem reklamy jest sprawić, aby ludzie poczuli, że bez danego produktu są przegrani. Dzieci pod tym względem są bardziej wrażliwe. Apelujesz do emocjonalnej wrażliwości, a z dziećmi udaje się to najlepiej, ponieważ emocjonalnie są bardzo kruche”.

„Wire marketingowy”

Przeciętne dziecko w USA, Wielkiej Brytanii i Australii ogląda od 20 000 do 40 000 reklam rocznie. Z badań wiadomo, że dziecko poniżej ósmego roku życia nie jest świadome intencji reklamodawcy – dla niego reklama jest rozrywką i jednocześnie informacją. Właściwie dopiero od jedenasto- czy dwunastolatków można oczekiwać krytycznego zrozumienia przesłania reklamowego, tymczasem spora część dzieci w tym wieku jest już po niezłym praniu mózgu. Z tego właśnie powodu Szwecja wprowadziła zakaz reklam skierowanych do dzieci poniżej dwunastego roku życia, a coraz większa liczba państw z niepokojem obserwuje skutki takiej reklamy.W przeszłości reklamy adresowane do dzieci pokazywały przede wszystkim produkty dziecięce – zabawki, płatki śniadaniowe, słodycze – i były przedsięwzięciami stosunkowo niskobu- dżetowymi. Jednak w ciągu ostatnich dwudziestu lat nastąpiła pod tym względem zasadnicza zmiana.

Troska o prawa dziecka

Kulminacją było ogłoszenie w 1989 roku Konwencji Praw Dziecka ONZ, doprowadziła niektórych decydentów do zanegowania kar za złamanie reguł czy przekroczenie granic akceptowalnego zachowania, co zaowocowało takimi nowinkami, jak wspomniana już strategia „bez winy”. Nauczyciele, których zadaniem jest zaprowadzić i utrzymać porządek, często nie mają przekonania do rozmaitych „strategii modyfikacji zachowań”, narzucanych im przez krajowych albo lokalnych doradców. Problem pogłębia się jeszcze przez powszechną od kilkudziesięciu lat erozję szacunku dla autorytetów. Tymczasem żeby zapanować nad mniej więcej trzydziestoosobową grupą dzieci, na- uczycłel musi mieć autorytet. Z badań na temat rodzicielstwa, wnika, że najbardziej efektywny styl rodzicielstwa to styl „autorytatywny”, w którym ciepło i szacunek dla praw dziecka i jego punktu widzenia są równoważone koniecznością wytyczenia ścisłych granic w kwestii zachowania się. Także nauczyciele muszą dążyć do wypracowania takiej równowagi. Jeśli okażą nadmierne pobłażanie, dzieci wejdą im na głowę, przy nadmiernej surowości może się okazać, że uczniowie zaczną dokazywać, gdy tylko spuści się ich z oczu.

Problem ze złym zachowaniem

Gdy tylko w szkole zaczyna się toksyczna mieszanka od razu robi się mocniejsza. Kilku niesfornych uczniów w klasie oznacza, że nauczyciel musi poświęcić więcej uwagi utrzymaniu porządku w całej grupie, przez co pozostaje mu mniej czasu i energii na prowadzenie ciekawych, motywujących zajęć, co jest ze stratą dla wszystkich dzieci bez wyjątku. Obecnie w coraz większej liczbie szkół na całym świecie edukacja jest ostatnim z nauczycielskich zmartwień, gdyż przede wszystkim prowadzą oni desperacką walkę z niezdyscyplinowaniem, odmową wykonywania poleceń i coraz częstszymi przejawami przemocy fizycznej wobec rówieśników i nauczycieli. Współcześnie problem dyscypliny budzi wiele kontrowersji, zarówno wśród nauczycieli, jak i wśród rodziców. Przez cały dwudziesty wiek edukacyjny establishment, podobnie zresztą jak wszystkie społeczeństwa zachodnie, stopniowo odchodził od tradycyjnego, autorytarnego stosunku do kwestii zachowania w stronę poglądów bardziej liberalnych, koncentrujących się przede wszystkim na prawach jednostki.

Taktyki znęcania się

Niepokojącym przykładem braku współpracy nauczycieli i rodziców jest nieumiejętność zrozumienia argumentów drugiej strony w kwestii coraz częstszych wypadków znęcania się i przemocy wśród dzieci. Rodzice są zdania, że szkoła powinna robić więcej, aby chronić ich pociechy, podczas gdy nauczyciele uważają, że niektóre zachowania, określane przez rodziców jako znęcanie się, są jedynie elementem rywalizacji, powszechnej na placach zabaw, i że zbyt gorliwa interwencja może przynieść więcej szkody niż pożytku. Na stronie internetowej rządu Wielkiej Brytanii znęcanie się zostało zdefiniowane jako „wyśmiewanie się, obrzucanie wyzwiskami, pogróżki i przemoc fizyczna, niszczenie własności, celowe wykluczanie dzieci ze wspólnych zabaw, rozsiewanie plotek, nękanie uciążliwymi SMS-ami i e-mailami”. U chłopców znęcanie się częściej zawiera element przemocy fizycznej, a u dziewcząt – psychicznej, która potrafi ranić równie dotkliwie. Jest zrozumiałe, że rodzice, których dziecko skarży się, że w szkole padło ofiarą prześladowań, czują się zaniepokojeni i oczekują od szkoły jakichś działań.

Szczęśliwe dziecko

Wszystko to jest niezmiernie przygnębiające, gdyż obie te listy życzeń, gdyby połączyć je ze sobą, utworzyłyby idealny na dzieciństwo, osiągające sukcesy w szkole. Szczera wymiana poglądów między obiema grupami przyniosłaby szkole i uczniom znacznie więcej pożytku niż rozliczne rządowe inicjatywy. Niestety, jak zauważyła Hilary Wilce, dziennikarka redagująca rubrykę poświęconą edukacji w ogólnokrajowej brytyjskiej gazecie, istnieje jeden główny powód, dla którego komunikowanie między nauczycielami a rodzicami przychodzi z takim trudem: „Nauczyciele i rodzice stoją w dwóch przeciwległych narożnikach ringu i mają zupełnie przeciwstawne cele: rodzice domagają się specjalnego traktowania dla swoich dzieci, nauczyciele starają się, aby w klasie wszystko toczyło się gładko. Rodziców frustruje, że szkoła nie traktuje ich serio; szkoła przyjmuje wrogą postawę, kiedy żądania rodziców wydają się nierozsądne”. Tak więc aż nazbyt często szkoła unika rodziców, a rodzice unikają szkoły.

Potężną pokusa

W Japonii pogarszające się wyniki w nauce czytania i pisania przypisuje się spadkowi zainteresowania dzieci lekturą – ponad połowa uczniów nie ma wyrobionego nawyku czytania, natomiast coraz więcej czasu przeznacza na gry komputerowe, surfowanie po Internecie, czatowanie i rozmaite elektroniczne gadżety. W podsumowaniu naukowcy z Monachium orzekli, że posługiwanie się komputerami w domu do nauki poprawia szkolne wyniki, natomiast używanie ich do gier i czatowania przynosi efekt wręcz przeciwny; w szkole okazjonalny dostęp do komputerów powoduje nieznaczną poprawę, natomiast dostęp zbyt częsty (kilka razy w tygodniu) przynosi zgoła gorsze wyniki niż całkowity brak dostępu. Wszystko to prowadzi do zdroworozsądkowego wniosku, sformułowanego przez Grega Pearsona, eksperta od techniki informacyjnej – jeśli nie używasz komputera świadomie i w określonym celu, „prędzej będzie on dla ciebie stratą czasu i energii niż pożytkiem”.

Użycie komputerów jako pomocy w szkole

Fakt wynika z badań, przy programie nauczania nastawionym jedynie na poziom, nie przynosi specjalnej poprawy wyników. Poczynione przez szkoły inwestycje w komputery i inny sprzęt elektroniczny – w USA co najmniej 55 miliardów dolarów w latach dziewięćdziesiątych – nie zaowocowały widoczną poprawą wyników, mimo przechwałek producentów oprogramowania i optymizmu polityków. Naukowcy z Uniwersytetu w Monachium dokonali w 2004 roku analizy rezultatów międzynarodowych badań na temat zastosowania komputerów i sformułowali wniosek, że „w nauce tak podstawowych umiejętności, jak liczenie i czytanie użycie komputerów nie przyczynia się znacząco do poprawy wyników”. Poza tym technika sprawia, że uczniowie stają się leniwi. Na początku lat dziewięćdziesiątych do angielskich szkół podstawowych wprowadzono kalkulatory, kierując się zasadą, że współczesne dzieci powinny umieć się nimi posługiwać. Już po pięciu latach trzeba było je wycofać, gdyż dzieci zapomniały, jak się dodaje czy mnoży.

Najnowsze komentarze
    Wrzesień 2016
    P W Ś C P S N
    « Gru    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930